Mam wrażenie, że w ostatnich latach nie ma żadnego ciekawego "kopa" w muzyce tzw. rockowej. Lata 90-te to był wybuch grunge'u. Rozumiem, że ktoś może nie lubić tych klimatów ale jest niezaprzeczalnym faktem, że wtedy coś się działo nowego i świeżego. Początki jak zwykle były najlepsze, nie skażone komercją, punkowo i bezkompromisowo. Muzycy byli głodni sukcesu, pomysłowi i twórczy. Istniał chaos artystyczny, który jest idealnym środowiskiem do powstawania nowych pomysłów muzycznych. Przemysł fonograficzny wyczuł, że można na tym zarobić i od tego momentu już było gorzej. Pieniądze wzięły górę a i też formuła powoli zaczęła się wyczerpywać.
To tak w skrócie. Czasy grunge'u minęły ale pozostała muzyka, do której lubię od czasu do czasu wracać (Pearl Jam, Mudhoney, Soundgarden, Mother Love Bone, Temple of the Dog, Alice in Chains, Nirvana; polacam youtube'a, tam jest sporo materiału). Część zespołów jeszcze istnieje ale to już nie to.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz